Ciężko zabrać się za napisanie choćby kilku zdań, wiedząc, że to już ostatni blog z Teneryfy. No ale mus to mus. Z ostatnich dwóch dni zapamiętam na długo Tomasa z hostelu Mamio Verde, który ugościł mnie zjawiskowo. Dosłownie nie mogłem ruszyć dalej , pijać kolejną kawę i słuchając kolejnych anegdot, zamiast o planowanej 8 rano, do auta wsiadłem przed 12. Wieczorem trafiłem do La Caleta, skąd już rzut beretem na absolutnie wyjątkową plażę. Esencja pięknych ludzi w pięknym miejscu. Kapiel nago w oceanie, śpiew, gra na bębnach. Szkoda bardzo było wyjeżdżać dzień później do Krakowa. Nie rozpadłem się na kawałki, lub przypadkowo nie “zgubiłem” biletu powrotnego tylko dlatego, że w zimnej i śnieżnej Polsce czekała na mnie cała moja banda 🙂 Bardzo chce wrócić na Wyspy jeszcze w tym roku. Tym razem pojedziemy wszyscy i to dopiero będzie przygoda!