W nocy wiało, wytrzęsło autem, a ja nie mogąc spać, przerzucałem się z boku na bok. Mały, dwurzędowy parking, za murem hotel z pięknym widokiem. Zaparkowałem w miejscu przy samym oceanie. Obok naturalny, skryty wśród skał, basen – piscina natural. Częsty widok tej części wyspy, gdzie wybrzeże to głównie skały i strome klify. 8 rano, czas ruszyć dalej. Zatrzymywałem się szukając ciekawych miejsc dość często. Zaskoczony byłem tym, że znalazłem się w części wyspy która jest absolutnie nie turystyczna. Mieszkańcy żyją spokojnie, część pracuje na plantacjach (które są wszędzie). Małe wioski, małe miasteczka. Przy oceanie zamiast hoteli – domki, szkoły.

Przejeżdżając przez kolejną wioskę, natrafiłem na znak informujący o plaży. Byłą pora śniadaniowa, więc nie myśląc wiele, skręciłem. Tradycyjny kręty i stromy zjazd w dół. Na miejscu spory, prawie pusty parking. Gdy wyszedłem z auta, pierwsze wrażenie było takie, że trafiłem w  opuszczone miejsce. Dawno nie działające sklepy, z witrynami pamiętającymi przynajmniej lata 80. Zapomniany basen, którego woda morska jakby przestała interesować.  Hotel, mimo, że też pamiętał sporo opuszczony nie był, w oknach firanki, tablice informujące o możliwości kupna apartamentu.  Tu i tam pojawiło się kilka osób. Zaskakujące miejsce. Dowiedziałem się potem , że takich miejsc jest tu sporo. Gdy Teneryfa otworzyła się na turystów w latach 60 i 70. Pierwsze lotnisko, nie bez powodu powstało w okolicy. Z czasem okazało się, że przez kapryśną pogodę, szał na Teneryfę nie był tak wielki jak się spodziewano. Wymyślono by przerzucić hotele i gości na południe. W miejsca do tej pory nie zamieszkałe, suche, gdzie nie było miast ani upraw. Było i jest tam po prostu ciepło i bardzo sucho, a większość ludzi gdy wybiera się na wakacje, właśnie tego potrzebuje. Hotele, deptaki, sklepy z tym i tamtym, plaże plus pewna pogoda. 320 słonecznych dni w roku – robi wrażenie.

Kilkadziesiąt kilometrów dalej,  jadąc w kolumnie autokarów (sprawdźcie zdjęcie niżej, zatrzymałem się i zanim zdążyłem wysiąść z auta, zablokowało mnie kilka autobusów) dotarłem do La Orotava. Miasto małych uliczek i pięknych kamienic. Łatwo i bardzo przyjemnie jest się tutaj zgubić, zajrzeć do Ogrodów Wiktorii, napić kawy przy Placu Konstytucji. Wszędzie słychać było głosy dzieci (w szkołach zajęcia często odbywają się na świeżym powietrzu). Warto poczytać o tym miejscu więcej, a potem trochę na pamięć po prostu iść za intuicją.

W dole, nad oceanem znajduje się Puerto de la Cruz. Gdybym odwiedził to miasto na końcu, byłbym pewnie zachwycony. A tak musiałem zrobić dwa podejścia by zrozumieć fenomen tego miejsca. Turystyczny kolos, który przez lata nabrał swojego charakteru. Każdy powinien odnaleźć w nim coś dla siebie, a jak nie w samym mieście to na jego obrzeżach. Kilka różnorodnych deptaków, 3 głównie plaże, miejskie baseny zaraz przy deptaku, Loro Park – jeden z największych komercyjnych hitów wakacyjnych, miłe zaułki. parki. Jak w każdym dużym mieście też sporo tłoku, naganiaczy, markowych sklepów, restauracji z każdą kuchnią, a o miejsce do zaparkowania trudno. Poza centrum, robi się spokojniej, a obrzeża wydają się już nadzwyczaj przyjazne do życia.

Na koniec dnia znalazłem się w prawie opuszczonym ogrodzie botanicznym, w którym można obejrzeć najstarsze “smocze drzewo” Wysp Kanaryjskich. Legenda mówi, że jest to najstarszy przedstawiciel gatunku na świecie, drzewo które miało magiczne znaczenie dla Guanczów, pierwotnych mieszkańców wyspy.  Icod de los Vinos było prawie puste kiedy z niego wyjeżdżałem. Całkiem po ciemku z gpsem w ręku na chybił trafił wyznaczyłem sobie kolejny cel – parking na noc. Znalazłem taki obok pola golfowego i plaży. Spakowałem plecak i trochę minęło zanim wróciłem w okolice auta, by spać.