7 godzin dzieliło mnie od momentu kiedy stanę na południowym lotnisku Teneryfy. -23 stopnie miały zostać za mną, a przywitać powinien mnie zapach wiosny w styczniu. Nie mogłem spać. Nic dziwnego, tak długo czekałem na moment kiedy znów wyrwę się na chwilę zimie. Z Krakowa na lotnisko, potem przejście w wypchanym po brzegi plecakiem przez bramki, chwila oczekiwania i mogłem zdjąć ciepłe ubranie, chowając je na kilka dni do luku bagażowego (oczywiście luk bagażowy szybko zastąpił bagażnik auta, ale to drobny szczegół). Na lotnisku oczekiwanego zapachu nie było, zastało mnie oczekiwane ciepło, słońce i wiatr. Też nieźle. Wynajęte w wypożyczalni Cicar auto zgodnie z tym co wyczytałem przed podróżą okazało się innym autem. Większym i sportowym. Miało to swoje plusy i minusy. Plusem zdecydowanie była moc silnika, który radził sobie na niezliczonych podjazdach i serpentynach. Plusem było też miejsca na nogi, kiedy układałem się spać wieczorami. Minusem większe spalanie, czego jednak nie odczułem dzięki cenie benzyny – 80 centów za litr. El Medano – pierwszy, zjawiskowy, kontakt z oceanem i wyspą. 8 stycznia a na miejscu prawie 25 stopni, kitesurferzy w powietrzu, ciepłe fale roztrzaskują się o skały. Sporo camperów, uśmiechniętych ludzi na spacerze z psami. Fajna miejscówka nad która fruwają samoloty. Autostradą, przed zmrokiem, dojechałem do Candalerii. Oczywiście nie znalazłem otwartego sklepu spożywczego, tak potrzebnego po całym dniu podróży. Znalazłem za to pusty parking górujący nad miastem. Była niedziela, a mnie zaskoczyło, że miasteczko aż kipi od gwaru. Ludzie byli wszędzie, na deptaku czasami można było poczuć się jak na niezłym festiwalu. Prawie nigdzie nie spotkałem turystów którzy nie byli Hiszpanami. W tutejszej bazylice znajduje się figura Matki Bożej z Candalerii, patronki Wysp Kanaryjskich. Przyjeżdżają tu pielgrzymi z całego archipelagu. Tego dnia wtopiłem się w tłum, nasiąkałem atmosferą i nie zauważyłem kiedy, ale udzielił mi się spokój bijący od wszystkich ludzi, pozdrawiających mnie prawie przy każdej wymianie spojrzeń, gestykulujących żywo kiedy dowiadywali się, że po hiszpańsku potrafię powiedzieć “No hablo Espanol, hablo Ingles por favor”. Dobry początek.

Santa Cruz de Tenerife

Stolica, jak każda inna. Jest to jedno z nielicznych miejsc na wyspie do których nie koniecznie chciałbym wrócić. Tak pięknie obfotografowane Auditorium, w tak bardzo nie fotogecznicznym miejscu. Szerokie zakorkowane ulice, na obrzeżach fabryki, na ulicach tiry, korporacje odzieżowe, McDonaldy i MediaMarkty. Tam gdzie tylko się da tymczasowe – stałe parkingi. Sporo hoteli. Podobno w którejś galerii Primark, wymieniany jakby to była jedna z głównych atrakcji. Są ludzie którym klimat tego miejsca na pewno bardzo przypadnie do gustu, przy tak dużym natężeniu znanych z kontynentu sytuacji. Osobom które szukają świeżości, wręcz uciekają od takiego zgiełku – Santa Cruz nie skradnie serca. Mnie nie skradło. Zapragnąłem szybko znaleść miejsce na odpoczynek i kąpiel w oceanie.

Playa de Las Teresitas

Miejsce z pocztówek. “Najpiękniejsza plaża na Teneryfie” – tak mówią. Trafiłem przypadkiem, przypadkiem zorientowałem się, że to TA plaża. Nie chce tutaj absolutnie narzekać bo piasek ciepły i złoty, palmy dają przyjemny cień, piękny widok na góry też jest, a to wszystko 200 metrów od małego miasteczka wkomponowanego w jedną z nich. Woda spokojna i zejście do niej bardzo płytkie, idealne dla dzieci. Sporo amerykańskich i niemieckich turystów. Ludzie biegają, pływają, odpoczywają, jest joga, lody, zamki z piasku, gołębie. Nikt nie mówi, że jest tu też sporo bałaganu, widok na ocean psuje szyb naftowy i ogromne statki wokoło, a samo miejsce to tak naprawdę tylko mały parking, budka z leżakami, zejście do plaży i sama plaża – dość wykreowane miejsce, takie na które na pewno “zasługuje” bliska obecność stolicy. Sporo na Teneryfie piękniejszych plaż, choćby ta do której dojeżdża się stąd w 5 minut drogi samochodem. Co kto lubi!

Playa de Las Gaviotas 

Zupełnie inna bajka. Już tak te statki i szyb nie przeszkadza. Piasek czarny, wulkaniczny. Przyjemny i ciepły. Sama plaża schowana w pięknej zatoczce, do której trzeba sporo zjechać hamując silnikiem. Trochę ukryta, bardzo tajemnicza. No i te fale!

Góry Anaga

Wszędzie na Teneryfie znaki informujące o odległości od miejsca do miejsca nastrajają bardzo optymistycznie. 20-30 km to taki maksymalny przelot. Zazwyczaj, gdy unika się autostrady, te 20 km dają nieźle popalić koniom mechanicznym. Odwdzięczają się zapierającymi dech w piersiach pejzażami. Czas przejazdu wydłuża się znacznie, gdy ma się ochotę zaparkować przy każdym punkcie widokowym, na każdym szerszym odcinku jezdni. Wyjść z auta, rozejrzeć się, przejść kawałek. Gdyby mieć czas można tu spędzić naście dni z namiotem, na trekingu, obcując z naturą. Moim celem było zjechanie całej wyspy, tak więc z bólem takie spacery musiałem odłożyć na następny raz. Drogą przez góry najpierw wiłem się cały czas na szczyt, by potem przejechać tunel i znaleść się w innym świecie. Polecam wystartować z Santa Cruz i dojechać do wioski Benijo, w pewnym momencie zjeżdżajać z TF-12 na TF-134. Tutaj można coś dobrego zjeść i  co nieco przeżyć. Bardzo zależało mi by dojechać na skrawek wyspy, który widziałem z miradoru mijanego po drodze. Ogromna skała pochłonięta przez ocean. Dotarłem więc do upatrzonej wioski, gps wskazał mi drogę dalej, przejechałem nią jakieś 500 metrów i uznałem, że nie warto ryzykować tej trasy autem, bez napędu na cztery koła. Miałem sporo czasu, wiec spakowałem plecak i ruszyłem dalej piechotą. Droga która przeszedłem jeszcze przed chwilą wydawała się nie przejezdna, ale nic bardziej mylnego. Co parę minut ustępowałem miejsca jakiejś terenówce, która pokonywała ten wąski pas szutru dzielący ścianę od przepaści. Okazało się, że ten ruch nie jest bez celowy. Po kilkudziesięciu minutach dotarłem do El Draquilo, W tych nieprzychylnych warunkach, gdzie góry schodzą do samego oceanu, znajduje się wieś. Tak zwykła i prosta; są kury, psy, mieszkają ludzie którzy uprawiają sztucznie nawadniane pola. Te pola znajdują sie na na zboczu góry. Bez masowej turystyki. Turyści którzy tu jednak dotrą mogą wejść na szlak za wioską i iśc dalej, lub zawrócić. Miejsce zjawiskowe. Ze wzedu na wiatr i zawartość plecaka (ser i hiszpański cydr), zawróciłem. Potem w domu, gdy oglądałem mapę google, odrobinę pożałowałem. Wy nie zawracajcie, idźcie dalej, a czeka Was niewyobrażalna niespodzianka.

Playa de Benijo

To, że zawróciłem nie oznacza, że mi z tym było źle. Odnalazłem zejście na plaże, które kryje się (naprawdę – kryje się!) za kontenerami na śmieci i jedną z dwóch restauracji. Po dłuższej chwili (schody, schody, schody) mogłem odpocząć na jednej z dwóch najpiękniejszych plaż jakie widziałem podczas wyjazdu. Szeroka, z ciemnym piaskiem, wystające z oceanu skały, płytkie zejście, fale które dają mnóstwo frajdy. Jeśli jesteście na wyspie z dziećmi tutaj odnajdziecie wszystko czego Wam potrzeba. Na górze pyszne jedzenie, na dole szeroka, dzika, piękna plaża, bezproblemowy dojazd od głowej drogi.

Droga TF-12, Mirador Cruz del Carmen i szlak zmysłów

Gdy lądowałem nie widziałem Teide, a rozglądałem się mocno. Wejście na wulkan to była jedyna zaplanowana sprawa podczas tej podróży. Gdy dzień wcześniej jechałem autem przes pół wyspy, autostradą, nie widziałem Teide, bo chmury w górach mi na to nie pozwoliły. Gdy przez pół następnego dnia podziwiałem góry Anaga, nie widziałem Teide. Zobaczyłem wulkan akurat gdy zachodziło słońce, a ja zatrzymałem się na przypadkowym parkingu. Przypadkowy parking kończył się punktem widokowym, obejmującym prawie połowę wyspy. Z tego samego miejsca, można było wybrać się na szlak zmysłów. Ścieżka wije się przez las laurowy, unikalną rzecz na skalę Europy. Nazwa bierze się między innymi stąd, że w wyznaczonych punktach zamykamy oczy, idąc trzymamy się liny i możemy utopić się w dźwiękach lasu.