Często chodzimy do lasu, właściwie mieszkamy w lesie – tak więc wystarczy otworzyć drzwi i już. Dzieciaki wybiegają  i tyle ich widać. Tak całymi dniami – a gdy przychodzi czas jedzenia lub spania przybijają, po kolei, do portu. Funkcjonujemy w ten sposób od ponad roku. Pozwalamy sobie na to z pełnym zaufaniem do całej gromadki – to procentuje! Oh! Bardzo. Tyle wstępu…

Pod koniec sierpnia wybraliśmy się w Bieszczady. Cel – zagrać koncert na jednym z festiwali + spędzić czas wspólnie.

    Podskórnie czułem, że namówię kogoś na spacer w góry. Namówiłem. Leona. Tego sześciolatka do wysiłku fizycznego nakłaniać nigdy nie trzeba. Leon, dość hardo, wziął temat na barki, szczególnie, że razem z nami wybrali się Maks – najlepszy przyjaciel syna i Robert – przyjaciel taty.

    Oczekiwań nie było. No bo jak? Pierwszy spacer na wysokość powyżej 1000 m.n.p.m. Każda chwila mogła być tą, która nas wstrzyma – zawróci do hotelu, do mamy i do komfortu który daje leżenie na hamaku.